XVII Międzynarodowe Mistrzostwa Autostopowe Sopot - Piran 2014

1 maja 2014

Nareszcie nadszedł ten wspaniały i długo wyczekiwany dzień! Z podekscytowania nie mogłyśmy już spać poprzedniej nocy (choć miałyśmy świadomość, że kolejnych też na pewno nie prześpimy). Już wkrótce zacząć się miała kolejna (dla mnie) i pierwsza (dla Moniki) autostopowa przygoda!

Przygotowania trwały już od dobrych dwóch miesięcy. Jaka nazwa? Czego potrzebujemy? Gdzie załatwić ubezpieczenie? Którą trasą jechać? Ile pieniędzy ze sobą wziąć? Masa pytań.

Na miejsce startu przybyłyśmy o godzinie 8:00. Już po chwili zorientowałyśmy się, że spokojnie mogłyśmy pospać sobie dwie godziny, bo i tak większość zawodników przybyła zarejestrować się około godziny 11:00. Skorzystałyśmy jednak z uroków majowego słonka, wygrzewając się na polance i przygotowując się psychicznie do startu.



Plan był taki: wiedziałyśmy, że większość zawodników będzie chciała szybko przedostać się jak najdalej komunikacją miejską, a by to osiągnąć najłatwiej było wsiąść w SKM i dojechać do samego Gdańska. My postanowiłyśmy udać się na przystanek autobusowy i dotrzeć do wylotówki na obwodnicę w Gdyni Chyloni. Nasze plany się jednak trochę pokrzyżowały...

Czekając na autobus wraz z piętnastką innych par (które prawdopodobnie chciały się przedostać
na wjazd na obwodnicę na Dąbrowę) już wtedy zaczęłyśmy się odrobinę irytować - zanim dostałybyśmy się tam, gdzie chciałybyśmy na pewno większość ludzi byłaby już na obwodnicy. Po 10 minutach przyjechał trolejbus o nr 31, do którego wsiedli wszyscy oczekujący. Zostałyśmy same na przystanku - należało to porządnie wykorzystać.

Tuż za trolejbusem jechał cudowny, odlschoolowy Mercedes. Przez głowę przebiegła szybka myśl - a co tam, możemy pomachać, poskakać, pouśmiechać się - przecież i tak się nie zatrzyma. Ku naszemu wielkiemu zdumieniu samochód zjechał na przystanek... Nie mogłyśmy uwierzyć w nasze szczęście (pasażerowie trolejbusu patrzący na nas zza tylnej szyby chyba też nie...) Tak więc nasza podróż zaczęła się obiecująco!


Białe skórzane obicie na siedzeniach, lekka jazda - szkoda, że panowie mogli nas tylko podwieźć do wjazdu na obwodnicę Trójmiasta w Gdyni Dąbrowie.

Byłyśmy pierwsze, ale doskonale zdawałyśmy sobie sprawę, że lada chwila pojawią się tutaj inni nasi autostopowicze. Do tego zaczynało padać... Trzeba było działać szybko! Roztrzepana ja, biegnąc gubiłam co się dało - karimatę, kamizelkę, w końcu z plecaka wysunął się też przytroczony wcześniej namiot, którego potem musiałam targać luzem.

Na obwodnicy, po ok. 20 minutach złapałyśmy samochód, którego załogą była urocza rodzinka - małżeństwo wraz z synkiem. Mogli podwieźć nas tylko na bramki autostrady A1, ale zawsze byłybyśmy choć trochę do przodu. Wrzuciłyśmy wszystko do bagażnika i sprawdziłyśmy, czy niczego nie zostawiłyśmy na ziemi. Kiedy wysiadałyśmy trzeba było zabrać w pośpiechu nasze bagaże. Zaczęłyśmy zmierzać w stronę bramek, gdy nagle...

- Monikaaaa....
- Hm?
- Bo wiesz...
- Co?
- Nie mam namiotu...

Chyba nie muszę opisywać jak wyglądała mina Moniki i jak bardzo zaczęła się na mnie wydzierać, że nigdzie teraz nie pojedziemy, że co ja sobie wyobrażam, że kiedyś zgubię głowę, że już na początku podróży takie coś, że możemy wracać, mamy przecież blisko do domu. Zaczęłam dzwonić po znajomych, z zapytaniem, czy możemy podskoczyć do nich do Gdańska po namiot, ale nikt nie odbierał. Po chwili ochłonęłyśmy - jeżeli za moment nie zaczniemy łapać, to pojawi się tu tłum stopowiczów i nie ruszymy się dalej przez dłuższy czas... Namiot można gdzieś kupić, może w ogóle nie będzie nam potrzebny? Czas na wyciągnięcie kciuka!

Po dosłownie minucie zatrzymała się para - studentka psychologii ze swoim chłopakiem. Pierwsze pytanie które usłyszałyśmy od nich:

- Ale na pewno nas nie zabijecie?

Razem z nimi udało nam się przedostać do Bydgoszczy. Niestety wysadzili nas w dość niefortunnym miejscu - na małej stacji benzynowej przy wjeździe do miasta, musiałyśmy więc przejść kawałek do przodu. Wędrowałyśmy z dwiema tabliczkami: "Poznań" i "za miasto", bo do wylotówki było jeszcze ładnych kilka kilometrów...

Na nasze szczęście po drodze zatrzymał się tir - uprzejmy pan zanim nas zabrał upewnił się, gdzie w końcu chcemy jechać:

- To wy do Poznania czy za miasto chcecie?

I zaprosił nas do środka. Celem podróży stała się Września, do której jechał na rozładunek.

Podróż minęła przyjemnie na rozmowie o autosopowaniu, autostopowiczach i podróżowaniu ogólnie urozmaicona cudownymi widokami kwitnących wokół żółtych pól rzepaku. Kierowca wysadził nas tuż przy wjeździe na A2.



Niestety na nasze nieszczęście nikt nie jechał tam gdzie chciałyśmy - wszyscy kierowali się w przeciwną stronę - do Warszawy. Czas płynął i powoli robił się już wieczór. Stałyśmy tam około 1,5h. Postanowiłyśmy zmienić strategię i złapać coś na krajowej do Poznania, co zajęło nam dosłownie 5 min.

Dalszy odcinek drogi  (krótki, bo krótki) przebyłyśmy z Poznaniakami (dziadkiem, ojcem i synem), którzy zawieźli nas za Poznań tuż przed bramki autostrady biegnącej do zachodniej granicy Polski. Kiedy nas tam wyrzucali, słysząc, że jedziemy aż do Słowenii odłamali dosłownie pół blachy przepysznego jogurtowego ciasta i spory kawałek sernika, który znajdował się w ich bagażniku. No i powiedzcie, jak tu nie lubić autostopowania? :)


Robienie sobie sweet foci na wjeździe na autostradę musiało zwrócić uwagę pomocy autostradowej. Podjechał do nas żółty pojazd, z którego wysiadł wąsaty ponury mężczyzna, a my speszone szybko zaczęłyśmy się usprawiedliwiać:

- My właśnie przed chwilą zostałyśmy tu wysadzone, już się zbieramy w bezpieczne miejsce, nie będziemy tu stać i łapać, przecież wiemy, że nie wolno!
- Że Wy niby teraz na autostradę chcecie wjechać? Noc ma być zimna, robi się ciemno, jak tam utkniecie to nie będziecie mieć gdzie spać.

Ogólne przesłanie było takie: jesteście głupie i nierozsądne, zabiją Was albo zamarzniecie z zimna. Mimo tego mężczyzna zawiózł nas za bramki autostrady.

Tam, po kilku minutach udało nam się złapać dwóch Litwinów jadących do polsko-niemieckiej granicy. Trzeba było zacząć używać angielskiego. Panowie zrobili sobie jeden postój, podczas którego, mimo naszych prób grzecznego odmówienia, otrzymałyśmy pod butelce świeżo wyciskanego soku z pomarańczy!

Wylądowałyśmy na stacji przed granicą. Było już ciemno, nie miałyśmy namiotu, a szanse na dalszą podróż stawały się z minuty na minutę coraz mniejsze. Zobaczyłyśmy jednak dwóch chłopaków z plecakami siedzących przy stolikach na dworze. Podeszłyśmy pytając się, czy są od nas. Okazało się, że są uczestnikami równoległej imprezy - od dwóch dni próbują się wydostać z Poznania do Amsterdamu, ale kompletnie im nie idzie, więc planują już wracać do domu. Opowiedziałyśmy im naszą historię ze zgubionym namiotem, poczęstowałyśmy ciastem...

- Ej, w sumie to moglibyśmy wam oddać namiot, da się pod nim spać, nie jest może pierwszej jakości, ale wam się teraz przyda o wiele bardziej niż nam.

Nawet nie wiecie jaka była nasza radość! Namiot za ciasto - tego jeszcze nie było!

O 22:00 miały ruszyć w dalszą drogę tiry stojące przy stacji, poszłyśmy więc uradowane pytać się kierowców o możliwość zabrania się na nocną przejażdżkę. Udało się nam - najbliższą noc miałyśmy spędzić z polskim małżeństwem, którzy mieli wyruszyć do Norymbergi o 1:00. Miałyśmy więc trochę czasu na umycie się i sprawdzenie fejsowych nowości.

Jakie było nasze zdumienie, gdy na stronie wydarzenia przeczytałyśmy post, który mówił, że któraś z par odnalazła... nasz namiot! Nie mogłyśmy w to uwierzyć - wszystko dzisiejszego dnia wydawało się takie surrealistyczne!

2.03.2014r.

Noc przespana w niewygodnej pozycji, ale byłyśmy już kilkaset kilometrów do przodu. Małżeństwo nas wiozące było przemiłe, a kierowca przezabawny, mimo zmęczenia chętnie słuchałyśmy opowiadanych przez niego historii! W Norymberdze, gdzie musieli nas wyrzucić, przez 45 min, próbował znaleźć nam dalszy transport przez CB radio, niestety bezskutecznie, więc trzeba było znów zacząć działać na własną rękę.

Podeszłyśmy do pierwszego tira, który właśnie wjechał na parking. W środku siedział Polak jadący do Porto - 45 min obowiązkowego postoju i możemy jechać dalej, za Monachium. Podczas rozmowy i po opowiedzeniu całych naszych przygód od wyjazdu nasz kierowca stwierdził, że mamy więcej szczęścia niż rozumu... Może i miał rację, ale nie specjalnie nas to martwiło :)


Kolejny postój - praktycznie na granicy niemiecko-austriackiej trwał już trochę dłużej, bo 2 godziny. Nie miałyśmy już siły, motywacja spadała przy każdym kolejnym odmawianiu kolejnych kierowców. Aż wreszcie, gdy tak sobie obie smutno stałyśmy podeszła do nas Niemka pytając się, gdzie jedziemy i czy nie chcemy się może z nimi zabrać?



Po chwili byłyśmy w trasie do Udine, włoskiego miasteczka. Austrię przebyłyśmy bezboleśnie, starając się skupić na przecudownych, otaczających nas z każdej strony górskich widoczkach.







Tak o to znalazłyśmy się bardzo blisko celu. Dochodziła godzina 19:00, ale miałyśmy jeszcze nadzieję, że uda się nam przedostać do Triestu, a stamtąd już rzut beretem do  naszego Piranu.

Na stacji benzynowej przy Udine spotkałyśmy parę innych uczestniczek. Znalazły one transport szybciej niż my, ale my także nie czekałyśmy długo. W dalszą podróż zabrał nas... nie mówiący kompletnie po angielsku Turek.

To była chyba najgorsza część naszej podróży. Nie mogłyśmy się zupełnie porozumieć z naszym kierowcą. Jedynym sposobem na jakąkolwiek komunikację było pokazywanie wszystkiego na mapie. Chciałyśmy uniknąć wjazdu do miasta, niestety Turek nie do końca nas zrozumiał, wysadził nas w deszczu w środku miasta, daleko od jakiegokolwiek hostelu. Przez chwilę nie wiedziałyśmy co ze sobą zrobić. Cofnęłyśmy się do mijanego wcześniej skrzyżowania i z radością odkryłyśmy, że na kierunkowskazie widnieje napis "Słowenia". No to jesteśmy prawie na miejscu!

Ustawiłyśmy się w strategicznym miejscu do łapania, a po 5 minutach zatrzymała się furgonetka, która zawiozła nas prawie do samego Piranu, gdzie zdążyłyśmy na ostatni tego dnia autobus.

Na mecie byłyśmy o godzinie 23:15, po 36 godzinach jazdy, zajmując TRZYDZIESTE PIERWSZE MIEJSCE W MIĘDZYNARODOWYCH MISTRZOSTWACH AUTOSTOPOWYCH 2014.

Zmęczone rozbiłyśmy szybko darowany nam namiot i zasnęłyśmy momentalnie jak tylko się położyłyśmy.

3-4.05.2014r.

Czas na świętowanie! Długo nie mogłyśmy uwierzyć, że się udało. To była najcudowniejsza przygoda w naszym życiu, zdecydowanie, tyle przygód, tyle zbiegów okoliczności... Sobotę i niedzielę spędziłyśmy na zwiedzaniu przepięknego słoweńskiego wybrzeża, najadłyśmy się burków i lodów, szukałyśmy muszelek w Morzu Śródziemnym, spacerowałyśmy, zaglądałyśmy do wszystkich zakamarków i uliczek, wygrzewałyśmy się w słońcu - pełny chillout. Myślę, że nie ma tu co za dużo opowiadać, zdjęcia oddają to, wszystko, co chcemy przekazać!























5.05.2014r.

Czas na powrót. 7.05 musiałyśmy obowiązkowo być na zajęciach na uczelni o godzinie 8:00, trzeba się więc było szybko zbierać. Niestety humory nam zupełnie nie dopisywały. Wstałyśmy o 4:00, o 5:00 miałyśmy autobus do Kopru. Tam, na stacji benzynowej stałyśmy aż 4 godziny. To nie był nasz dzień.
Wystarczyło jednak tylko zmienić miejsce postoju, by złapać samochód jadący do Lubljany. Uprzejmy pan biznesmen wysadził nas w bardzo dziwnym miejscu, choć jak twierdził, to było wspaniałe miejsce dla autostopowiczów.

Niestety znów czekał nas mały postój - nikt tamtędy nie jeździł  - częstotliwość przejeżdżających tam aut nas przeraziła. Po jakimś czasie jednak zatrzymał się kierowca, który zawiózł nas na granicę słoweńsko-austriacką.

Tam udało nam się złapać lawetę, którą dojechałyśmy za Monachium. Chwila przerwy i dalsza podróż do Norymbergi super szybkim niemieckim samochodem.

Godzina 22:00. Na stacji benzynowej, na której zostałyśmy wysadzone żadnego żywego ducha. Pierwsza noc na bez dachu nad głową przed nami...

Przespałyśmy się pod Burger Kingiem, owinięte kocami termicznymi, kocami, śpiworami - wszystkim czym się dało. Wcale nie było tak źle!

Rano, kiedy poszłyśmy się myć, pouciekały nam wszystkie tiry. Natknęłyśmy się jednak na Węgrów, z jednym z nich wymieniłyśmy się nawet kontaktami i zaprosił nas do Budapesztu na zwiedzanie! Przez całą drogę rozmawialiśmy, bardzo się cieszył, że mógł nas wziąć, bo od dwóch lat nie miał okazji mówić po angielsku.

W Lipsku, jedyny tir, który stał na stacji był Polski. Podbiegłyśmy, zrobiłyśmy słodkie oczka kota ze Shreka i po kilku chwilach smacznie spałyśmy jadąc do granicy polsko-niemieckiej. Właściciel tira widząc jak bardzo wyczerpane jesteśmy ulitował się nad nami, a do tego postawił gorący obiad i znalazł transport do Poznania, gdzie wsiadłyśmy w expres jadący z Berlina do Gdyni.






***
Podsumowując:
Podróż tam: 36h, 10 zł od osoby (autobus w okolicach Piranu)
Podróż z powrotem: 41h, 22,5 zł od osoby (expres z Poznania do Gdyni, cena promocyjna, w tym kawa, herbata i poczęstunek)
Na miejscu: 2 doby

Co przywiozłyśmy ze sobą:
- pocztówki
- muszelki
- odnaleziony namiot ;)
- masę pozytywnego nastawienia i chęci do pracy
- bagaż doświadczeń
- bezcenne wspomnienia

I wiecie co? Nikt już teraz nam nie wmówi, że autostop jest beznadziejny!
JEST NAJLEPSZY NA ŚWIECIE!

Amen. :)
 


Komentarze

  1. Dokładnie takie same wrażenia przywiozłam ze swojej tegorocznej wyprawy z Auto Stop Race do Walencji! Z tym, że moja towarzyszka na samym początku zgubiła nerkę ze wszystkimi dokumentami i pieniędzmi, co zmusiło nas do 3h postoju. To chyba bije namiot! :)

    Moja relacja, jeśli jesteś zainteresowana: http://misterfeministra.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo pozytywnie, czytajac kazdego kolejnego bloga coraz bardziej sie nakrecam. Rowniez w tym roku bralem udzial w ASR do Walencji, niestety zajelo mi to i mojej towarzyszce 96h haha! ale bylo mase przygod, bolu nog i marzniecia, jednak wspomnienia nie do opisania. To trzeba przezyc! Moja jedna z ciekawych historii to taka, ze zostawilem kurtke u faceta z Busa w miejscowosci Basel ( granica Francusko-Niemiecko-Szwajcarska), a wracajac z Walencji rowniez stopem spotkalem go na parkingu za Lyon - kurtke odzyskalem, piekn!

    Zycze duzo podrozy autostopem, bo sam na pewno cos takiego jeszcze zrobie!

    Wojtaszek Wilczewski, team nr 8 , ASR 2014 Walencja!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz