72

Wszystkie natchnione myśli uciekają gdzieś bezpowrotnie. Najczęściej przychodzą wtedy, kiedy nie mam pod ręką nic do pisania, albo wtedy, gdy stoję ściśnięta gdzieś w tłumie w autobusie. A potem, gdy mam chwilę czasu, kartkę, długopis czy chociażby ekran komputera nie pamiętam nic. Kompletnie. Mogę próbować przywołać do siebie tamte myśli, ale nic z tego, one już nie wrócą. A jeżeli wrócą, to w zupełnie innej formie. Pozostaje tylko czekać kolejne dni na natchnienie.

A tymczasem... Tymczasem - no cóż. Nie muszę nic, więc w sumie nic nie robię. Czekam. I myślę, chociaż niestety często nie konstruktywnie. Znów chaos w głowie. To znaczy - jest dobrze. Jest cudownie. Ale mam wiele pytań, na które na razie chyba nie uzyskam odpowiedzi. Jest też wiele myśli, które - na szczęście na razie nieskutecznie - próbują znowu mnie zniszczyć, wedrzeć się w duszę i od środka zacząć wyżerać wszystko to, co dobre, chcą udowodnić mi za wszelką cenę, że właściwie powinnam zamknąć się sama ze sobą w czterech ścianach i zacząć użalać się nad swoim istnieniem, nad tym, że nie wszystko w moim życiu jest doskonałe, że ja jestem niedoskonała i nigdy doskonała nie będę. Nie, już nie jest tak jak kiedyś (chyba to za mało powiedziane, że nie jest tak jak kiedyś - jest o niebo lepiej!), kiedy, mówiąc wprost, nienawidziłam się - nienawidziłam swojego charakteru, swoich wad, swoich zalet - których zresztą nie potrafiłam znaleźć, więc uważałam, że nie istnieją, swojego wyglądu. Nie potrafiłam spojrzeć w lustro, ani w to szklane, ani w to sumienia. Teraz często też nie potrafię lub patrzę w nie za długo i wtedy, wtedy dostrzegam rzeczy mało istotne, które zaczynam wyolbrzymiać i rzeczywiście stają się problemem, lecz często ten problem widzę tylko ja, co może świadczyć o tym, że on wcale nie istnieje.
I niestety przez te kłębiące się myśli nadal często nie potrafię zrozumieć, że wokół mnie jest tyle osób, które mnie nie zostawią, które będą przy mnie zawsze, że jestem potrzebna, że...
Ech.
Nie powiem, że nie jest ciężko. Walka samego ze sobą jest chyba najtrudniejszą walką ze wszystkich możliwych. Ale bez osób, które nas otaczają byłaby już z góry przegrana. A tak jest jednak spora  szansa, że zwyciężę w tym boju. Już zwyciężam! :)

Nie powinnam chyba tutaj tego pisać. To nie miejsce na zwierzenia, ale chyba to do mnie nie dociera.

Komentarze

Popularne posty