Polska w tydzień czyli: Beskid tam i z powrotem cz.2

Czas nadrobić zaległości - nie udało się tego zrobić wcześniej, bo ostatnie trzy dni obfitowały w dużą ilość napięć emocjonalnych. Jak zwykle nadinterpretacja plus rozgrzebywanie tego, czego nie trzeba rozgrzebywać. Na szczęście po otrzymaniu twardych dowodów wszystko wróciło do normy. Na razie - w końcu za niedługo egzamin...

A jutro Kamienna Góra i nauki ciąg dalszy - sama przez 4 dni, może wreszcie uda się skupić.

Nie będzie zbyt długo - brak czasu na rozpisywanie się zanadto daje się we znaki, czas wracać za chwilę do książek.

***

Dzień 3 - Połoniny i neuroanatomia

Z samego rana czas przetransportować się do Chałupy Elektryków - droga z plecakami nie jest zbyt przyjemna, zalane potem po 2h dreptania szlakiem wiodącym m. in. przez górski potoczek (w przemokniętych trekach) kąpiemy się i odpoczywamy. Na miejscu obiad serwowany przez Z. i odpoczynek aż do wieczornego ogniska. Zostajemy uprzedzone przed przebiegającym tuż przed obozowiskiem stadem byków, przechadzającym się nieopodal niedźwiedziem i innymi całkiem niegroźnymi zwierzątkami. Oczywiście tak jak sobie obiecałam w wolnych chwilach (to znaczy prawie przez całe popołudnie) pilnie wlepiam wzrok w skrypt od neuroanatomii, choć wszystko dookoła chce mnie od tego odciągnąć.


Dzień 4. - "Niecywilizowana" cisza

Robi się zimno. Czas spędzam znowu na łące, pod drzewem wpatrując się w krajobraz dookoła, słuchając szumu lodowatego potoku. Daleko od cywilizacji, daleko od zmartwień. Szkoda tylko, że wciąż myślę o egzaminie. Wieczorem czas na agapę, a o północy borneowskim chórem odśpiewujemy urodzinowe "Sto lat" J.

Dzień 5. - 4 dni w górach to zdecydowanie za mało

Do południa zwijamy namioty i lądujemy wreszcie na Polanach Surowicznych, z których rozciąga się niesamowity widok. Pakujemy się i ruszamy do miejscowości oddalonej od Chałupy o 40 min drogi, skąd zabiera nas autokar do Rzeszowa. Tam apel, J. kończy kurs z wyróżnieniem (jestem taaaaaaka dumna!), żurek przygotowany dla całego kursu przez kleryków, dostęp do bieżącej wody i kontaktów (wreszcie można podładować telefon!)



Dzień 6. - To co, łapiemy stopa?

Pobudka o 5:00. Szybka decyzja - jedziemy z dziewczynami pociągiem, czy łapiemy stopa do Krakowa? Jako entuzjastka nowych doznać nalegam na to drugie - żegnamy się więc z ekipą i stajemy przy wylotówce z Rzeszowa z wyciągniętymi kciukami i tabliczką "Kraków". Mija 10 min, 15, 20... Ludzie dziwnie się na nas patrzą - ale może tylko odnosimy takie wrażenie? W końcu staje koło nas tir. Szczęśliwe łapiemy plecaki i podbiegamy do drzwi, już chcę zacząć rozmowę z kierowcą, ale on pierwszy wchodzi mi w słowo mówiąc: "Panienki, w tę stronę to na Przemyśl, Kraków to w drugą". K. wypomina mi moją doskonałą orientację w terenie i od tej chwili to ona prowadzi. Podjeżdżamy autobusem kilka przystanków i postanawiamy, że jeżeli nie złapiemy niczego w przeciągu pół godziny, to lecimy na Dworzec. Na nasze szczęście zatrzymuje się koło nas czerwony samochód, w którym spotykamy 4 panów robotników jadących do pracy do Dębic. Wciskamy się do środka i rozmawiamy o górach, o autostopowiczach, o podróżach. W Dębicach czas na przerwę w Mc - oferta śniadaniowa nie jest powalająca, ale kawa stawia na nogi (spałyśmy dzisiaj tylko ok. 4h). Czas również na rozpoczęcie małych eksperymentów - pakujemy się każda w jeden bagaż, czeszemy się, poprawiamy wygląd ogólny (czas na wygrzebanie tuszu do rzęs, w końcu jesteśmy już w mieście!) i staramy się sprawiać wrażenie schludnych i wyspanych autostopowiczek. Efekty - po 5 minutach jesteśmy w czeskim, ogromnych tirze i jedziemy wprost do Krakowa! Przemiły kierowca, do którego zaczęłam mówić po angielsku, sygnalizuje, że rozumie nasz ojczysty język. Częstuje nas ciasteczkami. Początkowo próbujemy jakoś rozmawiać, lecz w końcu większość trasy spędzamy w milczeniu. Zostajemy wysadzone na środku autostrady - stamtąd przemykamy autobusem do schroniska na Kazimierzu. Niestety odstraszający mężczyzna, który się do nas przyczepił i brak miejsc kierują nas na Oleandry. Tam zostawiamy rzeczy w bagażowni, przebieramy się, myjemy i lecimy na miasto. Obiad w barze wegetariańskim, obowiązkowa wizyta w Empiku, zwiedzanie Kazimierza - czas leci szybko, o 23:00 lądujemy w łóżeczkach i padnięte smacznie zasypiamy.






Dzień 7. - Poznań miasto doznań

Do Poznania wybieramy się już konwencjonalnym środkiem komunikacji, pociągiem. 7h podróży nas męczy, ale po zostawieniu rzeczy w schronisku znów lecimy dalej. W Poznaniu jestem po raz pierwszy, więc chłonę wszystkimi zmysłami klimat tego miasta, starając się nie uronić zbyt wiele. Niestety na Rynku i wokół niego pełno ludzi. Postanawiamy wrócić tu całkiem pod wieczór i planujemy dzień kolejny. Pod względem rozrywkowym miasto bardzo na plus - otwarci ludzie, można zawrzeć dużo znajomości. Czuję, że dawno się tak dobrze nie bawiłam. Niestety w drodze powrotnej do schroniska dopadł nas mały wypadek, który zniweczył nasze plany na niedzielę.




Dzień 8. - Do domu!
Do południa siedzimy na Dworcu. K. ma zwichniętą kostkę, rozwalone kolano i słabo się czuje. Czekamy w poczekalni w KFC na pociąg, który mamy o 15:00 - kupiłyśmy już bilety, bo myślałyśmy, że uda nam się gdzieś jeszcze przejść, ale wolimy nie ryzykować. Kupuję książkę M. Wojciechowskiej korzystając z okazji i myślę sobie o wrześniu mając nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. W końcu nagrodą będą Chorwacja i Włochy.

***




Komentarze

Popularne posty