Baśnie - Dziewczyna i posąg

Wybiegła na łąkę. Zwinnie przebiegła po zmokniętej rosą murawie, muskając bosymi stopami zielone źdźbła traw. Jej chód był zwiewny i lekki, zdawało się, że nie dotyka palcami ziemi, ale że odbija się od niewidzialnej trampoliny. Jej ciało ani razu nie zachwiało się – płynność dziewczęcych ruchów była tak precyzyjna, że trudno było dostrzec moment, w którym stawiała kolejny krok. Z gracją omijała leżące na jej drodze ostre kamienie, wyrwy, wystające korzenie rosnących gdzieniegdzie brzóz. Tuż za dotknięciem jej stóp z ziemi podrywały się barwne motyle, rozwijając w pełni swoje wzorzyste skrzydła. Zdawać by się mogło, że kwiaty odwracały się w stronę dziewczyny tak jak do słońca, podziwiając w niemym zachwycie jej zjawiskową urodę, bujne rude włosy, bladą jak śnieg cerę i wysmukłą talię. Jej cichy śmiech idealnie wkomponowywał się w śpiew ptaków i powiew wiatru. Razem tworzyli preludium, tak doskonale brzmiące wśród Boskiej natury. Uśmiechnięte oczy ogarniały całe stworzenie, radowały się widokiem cudów, które otaczały ją z każdej strony.
Wreszcie dobiegła do skraju lasu. Był on ciemny i przerażający. Z wnętrza wiało chłodem, kontury drzew zacierały się między sobą, zamilkł śpiew ptaków. Buki i dęby szumiały posępnie, ostrzegając dziewczynę przed zbliżaniem się. Podeszła do ścieżki wyłaniającej się z głębi lasu. Przystanęła i opuściła swój, jakże teraz zmieniony, wzrok, a na jej twarzy zagościł smutek i zwątpienie. Po chwili jednak zdecydowanym krokiem weszła do krainy cienia i podążając za dźwiękiem spienionych fal płynącego nieopodal strumienia rozglądała się na boki wypatrując czyhającego zewsząd niebezpieczeństwa. Gałęzie starych, spróchniałych wierzb zwisały nad nią, od czasu do czasu dotykały jej ramienia, by nagle podnieść się i zaskoczyć ją z zupełnie innej strony, Przyspieszyła kroku – szum ruczaju był coraz wyraźniejszy, musiała już być bardzo blisko.
Jej oczom ukazał się niesamowity widok. Z jamy wydrążonej w skale, z której wypływał strumień wybiegły podobne do aniołów rusałki. Ze swoich półprzeźroczystych ciał utworzyły krąg i otoczyły dziewczynę. Śpiewając, śmiejąc się, to podchodziły bliżej, to wesoło odskakiwały. Ich głos był jak dźwięk niebieskich dzwonków, a słowa rozbrzmiewającej pieśni spadały na duszę dziewczyny jak krople ożywczego napoju. Tańcząc i kręcąc się wkoło odprowadziły ją do wejścia pieczary. Znikły tak szybko jak się pojawiły. Rudowłosa ostrożnie przemknęła między zwisającymi ze sklepienia stalaktytami.  Dotarła do przepaści, z której wnętrza wyłaniały się marmurowe schody. Zsunęła się po nich niczym łabędź lądujący na tafli jeziora po długim locie, po czym znalazła się w ogromnej sali, w której brał początek strumień.
W głębi pomieszczenia można było dostrzec osobliwy widok. Na jednej z półek skalnych, w centralnej części jaskini stał posąg. Nie był to jednak zwyczajny monument wydrążony z kamienia ku chwale jednego z wielkich ludzi. Ze sztywnej bryły wyraźnie oddzielały się kontury twarzy młodego mężczyzny. Siedział on opierając jedną ze swoich dłoni na rękojeści miecza, drugą podtrzymując ciężką głowę. Wzrok wpatrzony miał w nieokreśloną przestrzeń, a z jego rysów można było wyczytać bezbrzeżny smutek oraz rozpacz. Dziewczyna podbiegła do posągu, uklękła przed nim i swoimi bladymi rękoma objęła zimny marmur. Dłuższą chwilę trwali w tej pozie – ona i posąg. Tworzyli idealną całość – jej kształty delikatnie wpasowywały się w postać mężczyzny. Dziewczyna oderwała się od posągu, pochyliła się nad pulsującym źródłem strumienia i zamoczyła swoje włosy w krystalicznie czystej wodzie. Wróciła do kamiennej postaci i swoimi ciężkimi lokami zaczęła ocierać zakurzony marmur nie omijając żadnego jego fragmentu. Zaczęła od stóp, przechodząc gładko przez nogi, tors, szyję, aż do przepięknej twarzy młodzieńca.
Delikatnymi pocałunkami obdarowywała lico mężczyzny. Malinowe wargi z czułością pieściły każdą część zimnego kamienia. Martwe oczy, usta, policzki mężczyzny uginały się pod ciepłem dotyku niebiańskiego dziewczęcia. Jej ruchy z sekundy na sekundę stawały się coraz bardziej rozpaczliwe, serce biło niemiłosiernie szybko, jakby chciało wyrwać się z klatki ograniczającej jego wolność. Opuszkami palców obiegała nieżywą skórę, próbowała dłońmi przeczesać twarde włosy, napotykała jednak opór nieożywionej materii. Ostatnim ruchem wpiła się całą sobą w posąg wyczerpując ostatki nadwątlonych sił.
Wtem na swoich ustach poczuła słony smak wody. Odchyliła się, by przyjrzeć się cudownemu zjawisku. Z oczu młodzieńca, powoli, jedna za drugą spływały przeźroczyste, ciepłe łzy. Opadały na ziemię tworząc drobne kałuże, które z każdą kolejną kroplą powiększały się, rosły. Oniemiała dziewczyna krzyknęła z zachwytu. Tyle dni, tyle poranków minęło odkąd zaczęła tutaj przybywać. Codziennie odwiedzała ten posąg, codziennie wykonywała te same czynności, zawsze z jednakową precyzją i oddaniem, lecz nigdy, nigdy zaklęty w posąg młodzieniec nie okazał swego istnienia. To przecież martwy kamień, który nie czuje, nie kocha, nie myśli, nie oddycha. Nigdy nie robiła sobie nadziei – przychodziła tu, by choć trochę osłodzić jego żywot, by jego martwe życie stało się przez te kilkanaście minut dziennie mniej udręczone, inne, wyjątkowe. O nic nie prosiła – chciała tylko, by był szczęśliwy. Wierzyła, że to, co robi kiedyś przyniesie owoc – nie miała jednak pojęcia kiedy to się stanie, nie chciała zresztą wiedzieć. Nie pozwalała wyrwać się swojej wyobraźni w daleką przyszłość, gdyż wiedziała, że może to się skończyć źle dla nich obu.
Teraz czuła i widziała łzy jego szczęścia. Niesamowita radość przepełniła jej strwożone serce. Już wiedziała, że to co robiła przez całe swoje dotychczasowe życie miało sens. Chciała śpiewać i sławić Naturę, jej stwórczą siłę i moc. Wraz z posągiem płakała rzewnymi łzami miłości i spełnienia. W jej duszy zrodziły się nowe postanowienia, plany. Przeniesie się tutaj, do ciemnego lasu, w pobliże tej jaskini, w której dzisiaj zdarzył się cud. Poświęci całe swoje życie dla tego, którego łzy spłynęły dzisiaj na spękaną cierpieniem ziemię.
I tak mijały kolejne dni, tygodnie, miesiące. Była przy nim teraz o wschodzie i zachodzie słońca, o północy i w południe. Przychodziła, by dawać radość, by powodować łzy szczęścia, które po niedługim czasie zaczęły przeradzać się w nieznaczne ruchy warg, promienny błysk w oczach i ciepło twardego kamienia. Trwają tak oboje do dziś, i trwać będą przez całą wieczność. Z każdą sekundą są bliżej wyzwolenia, które kiedyś przyjść musi.

Komentarze

  1. Czapki z głów moi mili! ^^ Piękne, romantyczne i poetyckie ;) To co, zaczynamy teraz zawziętą rywalizację o miejsca na półkach? :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, do półek jeszcze daleko. Dziękuję :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty