Baśnie - Szlifierz

W miasteczku, którego nazwy nikt już dzisiaj nie pamięta, mieszkał stary człowiek.  Całe życie spędził w samotności, a jego jedyną pociechą była praca –w całej okolicy uważano go za najzdolniejszego szlifierza. Do niego znoszono wszelkie znalezione przez mieszkańców miasta niekształtne kamienie, które za sprawą ruchów jego pomarszczonych ze starości rąk, zręcznych jak u  kilkunastoletniego chłopca palców, przemieniały się w olśniewający swoim pięknem brylant. Podziwiano go powszechnie i nikt nie wahał się publicznie tego okazywać – otrzymywał liczne nagrody, pochwały, listy z podziękowaniami od najznamienitszych osobistości. Nawet sam król krainy, w której mieszkał, obiecał, że niebawem przygotuje dla niego lepsze miejsce pracy, w którym  pełniej będzie mógł oddać się swojej pasji. Nikt jednak nie był prawdziwie szczęśliwy w tym miasteczku, gdyż jego ulice były szare, przygnębiające odcienie czerni i bieli zlewały się ze sobą tworząc coś na obraz bezkształtnej masy, z której nie dało się wyodrębnić żadnego żywego koloru. Nikt też się z tego powodu nie uśmiechał – bo jakże można się uśmiechać, gdy wokół tyle smutku i przygnębienia? Pocieszeniem mogły być tylko kamienie, które znoszono tuzinami do szlifierza, by ten obudził w nich zdolność rozszczepiania światła, które choć trochę rozświetlało poszarzałe życie mieszkańców.
Nadszedł jednak dzień, w którym nikt nie zawitał do jego pracowni. Wydawało się to dość dziwne, bo od kiedy pamiętał nie było poranka, południa czy wieczoru, w którym nie dostałby ani jednego kamienia. Nie przejął się jednakże tym za bardzo, w zapasie miał jeszcze kilka brył do wykończenia. Nigdy nie narzekał na brak pracy, więc teraz także nie widział powodu na zamartwianie się. Kolejnego dnia w pracowni pojawiło się już kilka osób, ale celem ich wizyty był  odbiór swoich cennych znalezisk, nie dostarczenie nowego materiału. Następne dni mijały tak samo, aż wreszcie nadeszła niedziela – czas odpoczynku – i mężczyzna z niepokojem stwierdził, że nie posiada już w zanadrzu żadnych kamieni do obróbki. Zmartwiony staruszek usiadł na lekko zniszczonym, przysadzistym fotelu i głęboko się zamyślił:  „Skoro nikt już nie potrzebuje pracy starego, zgrzybiałego szlifierza, czas wyruszyć na poszukiwania własnego kamienia” .
Jak pomyślał, tak też uczynił. Z samego ranka spakował mały tobołek, wrzucił do niego kawałek chleba, sakwę z pieniędzmi, które posiadał, parę sandałów na zmianę i ruszył w drogę. Nie przeszedł jednak zbyt wiele, gdy przystanął i z wielkim zakłopotaniem stwierdził, że właściwie nie wie gdzie można szukać kamieni. Całe życie zajmował się ich obróbką, nie obchodziło go więc zanadto, gdzie można je odnaleźć. Postanowił, że zaufa głosowi swojego serca. Swoje kroki skierował w stronę gór, których pasmo rozpościerało się tuż za murami miasteczka.
Kiedy dotarł do pierwszych skalistych wzgórz, jego duszą zaczęło targać zwątpienie „Co ja najlepszego wyrabiam? Stary jestem, zamiast siedzieć w wygodnym fotelu, odpoczywać, to tułam się przez głupią zachciankę po niebezpiecznych miejscach, co nie jest w żadnym przypadku korzystne dla mojego, i tak już, nadwątlonego zdrowia”. Mimo tych myśli podparł się wystruganą z gałęzi znalezionej w pobliskim lesie laską i ruszył przed siebie. Mijał ogromne przełęcze, przeraźliwe groty, szumiące w oddali strumienie. Szedł wciąż, a końca drogi nie było widać. Doszedł wreszcie do półki skalnej, na której postanowił rozpalić ognisko, ogrzać się i trochę odpocząć.
Nagle spostrzegł, że zza stojącej nieopodal skały tryskają iskrzące się w słońcu krople wody. Zaciekawiony podszedł bliżej i zobaczył, że krople te pochodzą z ogromnego wodospadu znajdującego się poniżej półki skalnej. Za ścianą wody roztaczała się wolna przestrzeń, którą wypełniała stworzona przez odbicie promieni słonecznych od niewidzialnego przedmiotu lekko przyblakła tęcza. Widok był tak przepiękny, że zaciekawiony staruszek ostrożnie przemknął pod lejącymi się z góry strumieniami, by zobaczyć zjawisko z bliska. Ku jego zaskoczeniu tęcza znikła, lecz zamiast niej jego oczom ukazał się niewidoczny wcześniej przedmiot – ogromny, przezroczysty kamień o niekształtnych krawędziach. Wziął go delikatnie w dłonie i okiem znawcy oceniał jego wartość. „Jakim cudem tak źle wyprofilowana bryła może dawać efekt pryzmatu, który rozszczepia światło słoneczne na siedem kolorów tęczy? To niemożliwe!” – przez jego głowę przechodziły dziwne myśli. Schował kamień do sakwy i ruszył w drogę powrotną do domu.
W pracowni zasłonił wszystkie okna, zamknął dokładnie drzwi, upewnił się, że nikt nie będzie mu przeszkadzał w pracy i wyjął na stół swoje znalezisko. Dokładnie pod lupą obejrzał kształt minerału, wziął do ręki dłuto i delikatnie, jednym pociągnięciem za drugim, odrapał kamień ze wszelkich zanieczyszczeń. Przepuścił przez ów przedmiot strużkę światła pochodzącego z zapalonej latarni – powstała tęcza, taka sama, jaką widział nad wodospadem, lecz tym razem kolory były nieco wyraźniejsze. Zachęcony postępami zabrał się do dalszej obróbki, jednak okazało się to nie tak proste, jak myślał – wystarczył jeden nieostrożny ruch, a delikatny krawędzie kruszyły się pod dotykiem narzędzia. Każde nieopatrzne szturchnięcie, przygniecenie, szarpnięcie skutkowało odpadnięciem dość sporej części materiału.  Szlifierz nie poddawał się, krok za krokiem nadawał kształt bryle, aż po wielu godzinach pracy, ze zroszonym od potu czołem, podniósł swoje dzieło ku górze.
Diament – bo tak śmiało można nazwać kryształ, który wyłonił się spod dłuta szlifierza – nie był tak ogromny, jak pierwotne znalezisko, ale mienił się tysiącem kolorów i barw, rozświetlał ciemną przestrzeń pracowni. Nie trzeba było przepuszczać przez niego żadnej wiązki światła – sam w sobie dawał tak przeogromny blask, że nie można było na niego patrzeć bez przymrużenia oczu. Zachwycony staruszek zaczął zastanawiać się co ma począć z kryształem – „Przecież nie zostawię go dla siebie! Jest zbyt piękny, by leżał tutaj, on musi cieszyć oczy innych!”.
Wybiegł do miasteczka,wciąż tuląc do swojego serca cudowny brylant, na rynek, po środku którego stała ogromna fontanna. Nie zastanawiając się zbyt długo wdrapał się, z ogromną jak na swój wiek, gracją na sam szczyt kolumny, gdzie umieścił dzieło swoich rąk. Szare chodniki w jednej chwili rozpromieniły się, idący nieopodal przechodnie zwrócili oczy w stronę oślepiającego światła, na ich twarze spadł błogi zachwyt, nawet gołębie przesiadujące zwykle przy fontannie poderwały się, by obserwować z góry niesamowite zjawisko. Za sprawą brylantu ponure uliczki zabarwiły się mnogością odcieni od cytrynowej żółci, poprzez szkarłatną czerwień, aż do szafirowego granatu. Zachwyceni mieszkańcy wylegli ze swoich domów na plac i wpatrywali się w niezwykły obraz.
Od tego dnia nic w tym miasteczku nie było już takie samo. Ludzie przy powitaniach zaczęli uśmiechać się do siebie nawzajem, powstały nowe określenia na całkowicie nowe barwy, z zakamarków kamienic rozbrzmiewał śmiech rozradowanych dzieci i ich rodziców. A szlifierz znowu zaczął otrzymywać kamienie – i dzień po dniu, wypełniał sumiennie swoją pracę, tak jak robił to wcześniej, lecz teraz już nie samotnie – towarzyszyło mu mnóstwo barw, które każdego dnia ofiarowało mu życie – twarze ludzi, odbicia w lustrach, kałużach, witrynach sklepów, cuda Boskiej natury i blask brylantu, który wciąż, nieustannie jaśniał, ciesząc oczy wszystkich, którzy na niego spojrzeli.

Komentarze

Popularne posty