Droga

Wolny dzień po świętach, jak przystało na każdego maturzystę, powinien być wykorzystany w pełni na dalsze przygotowania. Czasu zostało niewiele, a wiedzę trzeba jeszcze porządnie usystematyzować.
Obudziła się o 7:00. Nie mogła już z powrotem zasnąć, więc przeleżała jeszcze półtorej godziny przewracając się co chwilę z boku na bok. O wyspaniu nie było mowy, a o 10:00 musiała być w drugiej części miasta w mieszkaniu korepetytora, by sprawdzić nabyte dotychczas umiejętności. W drodze środkami komunikacji miejskiej z trudem próbowała jeszcze przeglądać podręcznik do chemii organicznej, ale zaspane oczy odmawiały posłuszeństwa. Trudno, będzie jak będzie.
Gdy dotarła na miejsce, od razu otworzyła arkusz, wytężyła cały swój umysł i opanowała odbiegające od tematu myśli. Wypełniała mechanicznie zadanie po zadaniu, kartkę po kartce, nic nie opuszczała. Po około 45 minutach odłożyła długopis. Korepetytor zabrał się za sprawdzanie. Na 23 zadania 21 dobrze i 2 poprawne w połowie, co dawało łączny wynik w granicach 94 -96%, co z kolei dało jej nadzieję, że może państwowy egzamin też będzie w stanie zdać na te upragnione 90%.
Gdy czekała na przystanku na swój trolejbus podjechał inny, którym można było dojechać w pobliże jej domu i było do niego całkiem blisko, jeżeli wysiadło się w odpowiednim miejscu. Wsiadła do niego, zajęła miejsce siedzące i wpatrzyła się w szybę. Mijała kolejne uliczki, domy, witryny sklepów. Nagle krajobraz się zmienił - wjechali w las. Otrząsnęła się z zamyślenia i z irytacją stwierdziła, że przegapiła swój przystanek. Wysiadła na kolejnym, ale gdy spojrzała na rozkład jazdy zobaczyła, że powrotny autobus przyjeżdża dopiero za 30 minut.
Zostało tylko jedno wyjście - wykupić wreszcie  receptę na jeden godzinny spacer w ciągu tygodnia, który zalecił jej kardiolog, a na który nie miała chęci i czasu - i ruszyć polną drogą, przez las, pagórki, wertepy - do domu.
Wyruszyła. Doskonale znała trasę, to tędy od 8. roku życia jeździła rowerem razem z tatą do pobliskiego źródełka z figurką Matki Boskiej Kaszubskiej. Droga była prosta i nie było możliwości, żeby idąc nią się zgubić. Przeszła kilka skrzyżowań, po czym skręciła w las. Wokół roztaczała się cisza, którą od czasu do czasu zakłócał śpiew wiosennych ptaków. Podchodząc pod górę wyłożoną 'kocimi łbami' minęła parę z wózkiem, którą wcześnie dopadło rodzicielstwo. Nieopodal przepływał cicho szemrzący strumyczek. Dalej zaczęły wyłaniać się gospodarstwa, sypiąca się stodoła, kilka niepasujących do otoczenia pomarańczowych willi. Gdy weszła do wioski psy zaczęły ujadać na jej widok, ale nie tak zajadle - jakby chciały delikatnie powstrzymać ją od zakłócania wiejskiego porządku. W poprzek drogi przebiegł przed nią kot, na co nie omieszkała nie zwrócić uwagi. Ciepły wiatr owiewał zmęczoną twarz, od marszu zrobiło się gorąco, więc zdjęła jesienny płaszcz chłonąc pełną piersią zapach przyrody. Szła tak, a jej jedynym towarzyszem był spokój i cichy powiew. Czyste myśli ogarnęły jej umysł, lecz z każdym kolejnym krokiem, powoli zaczęły wdzierać się do niego dawne wspomnienia.
Minęła działkę przyjaciółki z lat dzieciństwa, na której spędzała mnóstwo czasu podczas upalnych lipcowych popołudni, pole jagodowe, do którego corocznie przybywała z rodzicami, by napełnić owocami wiklinowe kosze aż po brzegi, przydrożną kapliczkę, w której cieniu zatrzymywała się, gdy czuła zmęczenie po całodniowej rowerowej wyprawie, pola, na których zbierała chabry, maki i uciekała przed gniewnym gospodarzem, któremu weszła w szkodę. Wreszcie doszła do 'naszego miejsca', które nigdy nie doczekało się swojego imienia (K., pamiętasz jeszcze jak przesiadywałyśmy tam w sierpniowe wieczory prowadząc rozmowy na temat ważnych wtedy dla nas spraw?), a na przeciwko którego teraz powstawało osiedle wielkich, identycznych domków jednorodzinnych.
I wtedy zdała sobie sprawę, że nic nie trwa wiecznie. Droga, którą przemierzała niemal każdego niedzielnego dnia swojego dzieciństwa zmieniła się, choć myślała, że pozostanie taka jak wtedy na zawsze. Udeptany piasek niedługo przeistoczy się w wylaną asfaltem ulicę, potem w drogę szybkiego ruchu, obwodnicę. Pola i łąki zastąpią nowe blokowiska, supermarkety, wiejski krajobraz zostanie wchłonięty przez trzystu tysięczne miasto - to nieuniknione.
Trzeba więc zamknąć ten etap życia. Ta droga się już skończyła, nie ma co kluczyć po niej tam i z powrotem, z każdym krokiem przerażając się jej zmianami. Czas wkroczyć na nową ścieżkę - może już nie tak prostą jak tamta, może z większą ilością odbijających od niej innych szlaków, bardziej krętą. Nie można się za długo zatrzymywać na rozstaju dróg - podróż trwa dalej, czas nie stanie w miejscu. Potrzeba odważnych, mądrych decyzji. Lecz nie można iść w samotności. Lepiej trzymać kogoś za rękę, by mieć gwarancję, że nie zagubimy się w plątaninie ścieżek życia.
Wkroczyła na asfalt, druty trolejbusów przypomniały jej o życiu miasta,w którym nie ma czasu na refleksję, a spokój jest stanem bardzo abstrakcyjnym. Zostawiła za sobą ścieżkę i nie zamierzała już oglądać się za siebie - czas zacząć patrzeć w przód, gdzie nie widać nawet linii horyzontu, który czeka nadal na swoje odkrycie.

W życiu dróg wiele jest.

Niestety nie można w żółwim tempie przemierzać autostrady
(Myslovitz chyba przeżywa u mnie swoją drugą młodość)

Komentarze

Popularne posty